O wyrażaniu poglądów, z którymi się nie zgadzamy

Drukuj

Media doniosły, że władze Warszawy nie zgodziły się na zaplanowaną na sobotę manifestację ugrupowań nacjonalistycznych przeciwko przyjmowaniu do Polski uchodźców. Choć nie mam za grosz sympatii do organizatorów planowanej manifestacji, ani nie zgadzam się z ich postulatami, to jednak decyzja władz Warszawy szokuje: to ona, a nie "zakazana" manifestacja - będzie nielegalna.
Prawo do zgromadzeń jest jednym z najbardziej fundamentalnych praw politycznych. Art. 57 Konstytucji gwarantuje wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Choć przewiduje że ograniczenie tej wolności może nastąpić w drodze ustawy, to jednak Trybunał Konstytucyjny niejednokrotnie wskazywał, ze niekonstytucyjne są wszelkie ograniczenia godzące w istotę tej wolności. Art. 54 zapewnia każdemu prawo do wyrażania swoich poglądów.

Istotą wolności zgromadzeń jest możliwość ich organizowania NIEZALEŻNIE od tego, czy manifestowane tam poglądy są władzy miłe, czy niemiłe; podzielane przez większość czy mniejszość społeczeństwa; nawet niezależnie od tego, czy wydają się „słuszne” czy „niesłuszne”, sprawiedliwe czy niesprawiedliwe; chwalebne czy haniebne. Gdyby pozwolić władzy decydować, które zgromadzenia są właściwe i legalne, a które nie, pozwolilibyśmy władzy na praktycznie wszelkie ograniczenia wolności zgromadzeń, a wolność ta stałaby się fikcją. Zakusy polityków myślących w sposób totalitarny idą zawsze daleko, i za niewłaściwą uznają oni każdą manifestację, z której postulatami się nie zgadzają. I o ile pewnie postulaty narodowców aby nie przyjmować uchodźców mogą budzić uzasadniony sprzeciw – sam, gdybym miał manifestować to przeciw narodowcom niż przeciw uchodźcom – to z pewnością nie może to być podstawa, by zakazać im te postulaty głosić. Absurdalny jest argument ratusza, że na manifestacji MOŻE dość do złamania prawa (w tym wypadku w odniesieniu do mowy nienawiści i nawoływania do dyskryminacji) – argument, że prawo być może podczas demonstracji będzie złamane możnaby zastosować do każdej bez wyjątku demonstracji. Jeśli faktycznie doszłoby do złamania prawa – choćby poprzez nawoływanie do nienawiści – sprawców należy ścigać (mówią o tym odpowiednie przepisy Kodeksu Karnego), jednak decydowanie z góry o tym, że popełnią takie przestępstwo jest nadużyciem. A o tym, jak niebezpieczne są próby arbitralnego decydowania przez władze, które manifestacje są „słuszne”, a które „niesłuszne” co najmniej dwa razy mieszkańcy Warszawy się już mogli przekonać.

W 2004 r. i 2005 r. Lech Kaczyński, ówczesny Prezydent m. st. Warszawy przekroczył swoje uprawnienia zakazując Parady Równości – manifestacji promującej tolerancję dla osób o odmiennej orientacji seksualnej. Parady, która jest pięknym przykładem promowania wolności i równości w przyjazny, pozytywny sposób. Decyzja prezydenta Kaczyńskiego była jednym z najbardziej haniebnych wydarzeń jego urzędowania. Hanna Gronkiewicz Waltz również okazała pogardę dla wolności zgromadzeń gdy w 2010 roku zakazała – całkowicie bezprawnie, co potwierdził Naczelny Sąd Administracyjny – dwunastu manifestacji na rzecz legalizacji konopi indyjskich. I o ile z postulatami tychże demonstracji się utożsamiam, a z postulatami narodowców – absolutnie nie – to jednak prawa wolności zgromadzeń bronić należy we wszystkich tych – i innych – przypadkach. Wolność ta wszakże nie zależy od tego, czy popieramy protestujących, czy nie.

Do narodowców organizujących sobotnią manifestację – która pewnie i tak się odbędzie (i będzie całkiem legalna) pomimo bezprawnego „zakazu” – sympatii nie mam najmniejszej. Politycznie, światopoglądowo, ideologicznie i kulturowo sytuują się oni „po przeciwnej stronie barykady”. A jednak… fakt że teraz to oni są pozbawiani jednego z fundamentalnych praw politycznych każe mi patrzeć na nich jak na ofiary a nie oprawców – sytuacja, która gdyby nie kuriozalna decyzja urzędników ratusza z pewnością nie miałaby miejsca. Do warszawskich władz apeluję: wycofajcie się z tej błędnej, szkodliwej i nielegalnej decyzji ograniczającej istotę wolności zgromadzeń. A każdemu z narodowców przytoczę słowa przypisywane Voltaire’owi: „Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”.

PS. Jestem przekonany, że trzeba przyjąć uchodźców i utożsamiam się w pełni ze stwierdzeniem, iż „żaden człowiek nie jest nielegalny”. Ci ludzie uciekają przed wojną i śmiercią, a my powinniśmy udzielić im schronienia. Musimy jednak upewnić się, że nie będą oni dla nas zbyt wielkim obciążeniem finansowym ponad nasze siły (szanujmy pieniądze polskiego i europejskiego podatnika), ani że nie stanowią zagrożenia dla bezpieczeństwa (tym już muszą się zająć odpowiednie służby państwowe). Uchodźca, który zostawia wszystko w kraju z którego ucieka początkowo musi dostawać pomoc, ale ważne jest by ci, którzy zostaną tu na dłużej, jak najszybciej zaczęli sami na siebie zarabiać. Powinni uczyć się języka i umiejętności zawodowych i podejmować oferowaną pracę – nawet nisko płatną – a państwo powinno stworzyć warunki, by mogli podjąć ją legalnie i bez zbędnej biurokracji. I bezwzględnie muszą przestrzegać polskiego prawa (ze wszelkimi rygorami Kodeksu Karnego i innych ustaw) i norm kulturowych. Ale nie uchodźcy lecz prawo do demonstracji są przedmiotem niniejszego artykułu.

Czytaj również