Tak, Panowie Schetyna i Czarzasty, zostaliście syndykami

Drukuj

Nieco ponad tydzień temu Sojusz Lewicy Demokratycznej ogłosił, że likwidat…, przepraszam, przewodniczącym partii został Włodzimierz Czarzasty. Dwa dni później Platforma Obywatelska oficjalnie potwierdziła powołanie do tego samego zadania Grzegorza Schetyny. Obaj panowie zostają liderami partii, które kiedyś były potężne, a które żegnają się z polityką, na własne życzenie. Składam im niniejszym gratulację z powodu wyboru - obaj przecież długo pracowali, by objąć w swych partiach władzę. Życzę im również sprawnego wykonania jedynego właściwie zadania jakie ich czeka - wyprowadzenia sztandarów swoich partii. Nie zostali liderami, ale - choć obydwaj gorliwie temu zaprzeczają - syndykami masy upadłościowej.

Mrzonki na przyszłość – według SLD…

Włodzimierz Czarzasty po wyborze zaczął przekonywać, że „SLD nie wyprowadził sztandaru i go nie wyprowadzi”. Przypomniał też kilka zgranych haseł ideologicznych, którymi pewnie mógłby się licytować z PiSem na populizm i socjalizm, choćby postulując wyższe podatki dla lepiej zarabiających. Licytacja z PiSem na absurdalne pomysły zresztą nie dziwi – nowy szef  SLD pochwalił przecież pomysł 500 zł na dziecko czy wprowadzenie podatku bankowego. Wymienił również wprawdzie parę bardziej racjonalnych, choć zupełnie niekonkretnych haseł o Europie czy ładzie konstytucyjnym – nie dowiedzieliśmy się jednak dlaczego akurat SLD miałoby być rzeczywistym i wiarygodnym ich obrońcą, skoro tak znaczną część ideologii PiS SLD przyjęło jako własną. Wreszcie padło hasło, chyba zaklinające rzeczywistość, że „lewica jest alternatywą na polskiej scenie politycznej” – jeśli tak, coraz mniej osób choćby samo istnienie tej alternatywy dostrzega.

… i według Platformy

Schetyna także (choćby w wywiadzie dla Gazety Wyborczej z dn. 1/2/2016) zaprzecza, gdy jest zapytany wprost czy został syndykiem. Przywołuje wciąż dużą liczbę posłów i radnych różnych szczebli. Plany – wedle tego, co ogłosił bezpośrednio po wyborze – ma nawet bardziej ambitne. Marzy mu się odbudować dawną potęgę partii. Niektóre pomysły, jak kluby obywatelskie, miałyby sens, gdyby chodziło o partię „żywą”, skupioną wokół jakiejś idei, dyskusji, programu. Nie wierzę jednak w sukces takiej inicjatywy, gdy bierze się za nią bezideowa partia władzy, która straciła władzę. A partia jest w rozsypce. Ledwie co trzeci członek płaci składki (tak wynika z podawanych przez PO danych o uprawnionych do głosowania w wyborach na przewodniczącego), a jeszcze tylko połowa spośród nich zagłosowała – to wyraźny dowód, że działaczom Platformy Obywatelskiej działać po prostu się już nie chce. Plan Schetyny na cykl konwencji regionalnych również skazany jest na porażkę – byłby na miejscu w przypadku partii gotowej działania, z masami działaczy garnących się do wzmacniania struktur i przejęcia władzy w celu realizacji programu. Ale nawet działacze PO wiedzą, że Platforma nie jest już taką partią.

Sylwetki nowych „liderów”

Włodzimierz Czarzasty swoim życiorysem gwarantuje, że SLD – póki istnieje – będzie się odwoływać do dawnych sentymentów i „utraconej potęgi”. Jest, i długo był, postacią głównego nurtu w swoim środowisku. Za komuny działał w PZPR i ZSP, po upadku komunizmu odnalazł się w SLD, gdzie powoli, od lat, piął się coraz wyżej w hierarchii. Niewątpliwym sukcesem było dla niego przewodniczenie od 2006 r. Stowarzyszeniu Ordynacka. W znacznie bardziej krytycznym kontekście natomiast zapisał się w świadomości publicznej kilka lat wcześniej w związku z aferą Rywina, choć zarzutów żadnych nie usłyszał. Jest postacią niewątpliwie znaną, dziś pewnie o znacznie korzystniejszym wizerunku medialnym niż -naście lat temu, ale o predyspozycje do bycia liderem posądzić go trudno. Mandat ma raczej słaby (dopiero druga tura wyborów przewodniczącego przyniosła rozstrzygnięcie), choć naturalnych i zaciekłych wrogów pewnie nie tak wielu w sytuacji, gdy nie ma o co walczyć.

Grzegorz Schetyna wrogów wewnątrz własnej partii ma zapewne więcej, mimo że te 91% głosów „za” mogłoby świadczyć o czymś przeciwnym. Na pozór mocny mandat, w rzeczywistości to ledwie efekt kalkulacji, wewnętrznych rozgrywek i wyeliminowania konkurentów (na samym początku Ewy Kopacz, następnie Borysa Budki i wreszcie jedynego pozostałego kontrkandydata, Tomasza Siemoniaka). I takie właśnie wewnętrzne rozgrywki to specjalizacja Schetyny, wyuczona po wielu przykrych przecież dla niego doświadczeniach. W końcu to on – od lat główny konkurent zarówno Donalda Tuska jak i tzw. „spółdzielni” Cezarego Grabarczyka – niegdyś sekretarz generalny partii, został w niej najbardziej zmarginalizowany i od grudnia 2013 nie zasiadał (po braku rekomendacji od Tuska) w zarządzie krajowym partii. Wyciągnął jednak z tego wnioski i nauczył się rozgrywać sytuację na swoją korzyść. W sytuacji kompletnego braku silnych liderów w Platformie teraz jednak dogadał się ze znaczną częścią dawnych wrogów i osiągnął co chciał. Strategiem, który mógłby ze swoją partią zawalczyć o wygranie wyborów Grzegorz Schetyna nie jest i raczej nigdy nie będzie, ale w wewnętrznych rozgrywkach w osłabionej partii doświadczenie i (nabyta, nie naturalna) umiejętność budowania taktycznych sojuszy okazały się jego największymi atutami.

Dlaczego im się nie uda

SLD jest partią reprezentującą lewicę postkomunistyczną. Socjalistyczną, nierozumiejącą ekonomii, ale też wcale nie troszczącą się o sprawy wolności obyczajowych, bo przecież tych „za komuny” wcale nie było. Niewielki elektorat tej partii się starzeje, a następców nie widać. Socjaliści gospodarczy, najsłabiej wykształceni, już dawno przerzucili swoje poparcie na rzecz PiS – partii, z którą SLD ma o wiele więcej wspólnego, niż gotowe jest się przyznać. Co gorsza dla SLD, analfabeci ekonomiczni mają szeroki wachlarz wyboru jeśli chodzi o partie, bo poza PiSem do założeń powszechnego rozdawnictwa mającego prowadzić do powszechnego dobrobytu odwołuje się kilka partii radykalnej lewicy. Nawet jeśli w tym kontekście Partia Razem okazała się już raczej na pewno niewypałem („entuzjazm” wokół niej pompowany w okresie przedwyborczym teraz zupełnie zanikł) to można mieć pewność, że w tej czy innej formie populizm gdzieś powróci. Powróci, bo jest najłatwiejszy do zaoferowania, a duża część społeczeństwa lubi słyszeć że partia im coś „da”, a zabierze „tym złym bogatym”. Na nieszczęście dla SLD zarówno PiS, jak i ruchy nowej lewicy są zwyczajnie sprawniejsze w marketingowym opakowywaniu bezsensownych obietnic.

Z Platformą Obywatelską problem jest większy. To partia, która naprawdę miała kiedyś dobry program. Partia, która w 2005 czy 2007 szła do wyborów niosąc nadzieję na wolnościową zmianę, choćby poprzez propozycje obniżek, spłaszczenia i uproszczenia podatków czy deregulacji gospodarki. Problem z Platformą polega na tym, że te obietnice zwyczajnie złamali. Podatki zamiast obniżać – podnosili. Szczytem zaś arogancji i niegodziwości było doprowadzenie do grabieży 153 miliardów złotych oszczędności, jakie Polacy zgromadzili w OFE i zastąpienie tych realnych oszczędności wirtualnymi, nic niewartymi zapisami w ZUS. Platforma Obywatelska doszła do władzy niosąc hasła liberalne, a sprawując władzę tych haseł się wyparła. Przekształciła się w zupełnie bezideową partię władzy, a jeśli praktykę jej rządzenia utożsamić z jakąś ideą, to raczej gospodarczo z socjalizmem, a światopoglądowo z konserwatyzmem. Odejście od liberalizmu tak gospodarczego, jak i światopoglądowego, sprawiło, że Platforma Obywatelska stała się de facto drugim PiS, niby łagodniejszym, ale jedynie w kwestii retoryki. Porównanie można wręcz przeważyć na korzyść PiS, bo to ostatnie przynajmniej nigdy haseł liberalnych nie głosiło. Platforma natomiast, podszywając się pod partię wolnościową, wolność ograniczała i za nic miała prawo własności. O upadku Platformy Obywatelskiej niech więc świadczą słowa Ewy Kopacz, wypowiedziane po oddaniu przez nią władzy w Platformie Grzegorzowi Schetynie:  „Dzisiaj trzeba przestrzec przed szukaniem łatwych recept na populizm PiS. Taką receptą nie może być radykalny liberalizm”. Gdy słowa te mówi odchodząca przewodnicząca partii, a nowy przewodniczący nie zadał sobie trudu, by je skrytykować, jest to najlepszy dowód, że w tej partii zabrakło celu. A i trwanie przestało być celem dla Platformy osiągalnym. Długo trwali, póki – choć miałcy i bezideowi – dla wielu jawili się jako mniejsze zło i największy „nie-PiS”. To się już też zmieniło – wkrótce po wyborach parlamentarnych przestali być największym „nie-PiSem”.

Zresztą wspomniany już najnowszy wywiad Schetyny dla Gazety Wyborczej pokazuje kolejny przykład płytkości rozumowań polityków Platformy. Pytany czy związki partnerskie są potrzebne, Schetyna odpowiada „Są potrzebne. Ale jakie to ma znaczenie, gdy PiS burzy fundamenty demokratycznego państwa, paraliżuje Trybunał Konstytucyjny, robi skok na media publiczne, rozwala Służbę Cywilną, wprowadza inwigilację obywateli?”. Jakby odpowiedź na konkretne, ale pryncypialne (bo dotyczące tak wolności, jak i równości) przecież pytanie zależna była od tego, co robi PiS…

Subwencje budżetowe – jedyny realny plan na najbliższe parę lat

Ani SLD, ani PO nie mają już szans. Gdy zaczynałem pisać ten artykuł, media właśnie doniosły, że praktycznie wszyscy członkowie SLD z warszawskich Bielan wystąpili z partii, podobne sytuacje dotyczą struktur w całym kraju, a rzecznik partii zrezygnował ze stanowiska. Odchodzący działacze motywują to niby wyborem Czarzastego, ale przecież nie w tym leży prawdziwy powód i źródło problemu. Prawdziwym problemem jest to, że ta partia nie ma powodów istnieć. Jej archaiczny program (daleki nawet od europejskiej lewicy), obciążenie historią własnych rządów i afer sprzed lat oraz brak pomysłu na to, o co właściwie partia miałaby walczyć, nie dają powodów, by sądzić, by SLD kiedykolwiek i pod czyimkolwiek przywództwem miało się odrodzić.

I właściwie to samo można powiedzieć o Platformie. Tam jeszcze nieliczni mają nadzieję, jeszcze zostało kilkanaście tysięcy płacących składki członków (spośród których połowa pofatygowała się, by kliknąć i potwierdzić swoje poparcie albo sprzeciw wobec kandydatury Grzegorza Schetyny) ale obciążenie negatywnym bilansem rządów i brak idei także tutaj powodują demobilizację struktur, erozję poparcia i nieuchronny upadek. W przypadku PO znamienny jest brak woli walki o cokolwiek. Pomimo dużej reprezentacji w Sejmie, Senacie i Parlamencie Europejskim Platforma zrezygnowała niemal dobrowolnie z roli lidera opozycji wobec autorytarnych zapędów PiS, a o demokrację w Polsce na debacie w Parlamencie Europejskim wobec całkowitej bierności Platformy upominać się musiał były premier Belgii Guy Verhofstadt. Okręt PO i łódeczka SLD toną i nic właściwie tego nie może zmienić. Działacze obu partii pewnie byliby gotowi sami je rozwiązać już teraz, gdyby nie fakt, ze obie jeszcze przez niemal 4 lata dostawać będą dotacje budżetowe.

Co po SLD, PO i… PiS

Rządy PiS najdalej za niecałe 4 lata się zakończą – choć optymistycznie można liczyć, że znacznie wcześniej. PiS pokazywał już, że nie jest w stanie rządzić przez pełną kadencję. Jest to partia agresywnej ideologii konserwatywno-narodowej okraszona socjalistycznym populizmem w sprawach społeczno-gospodarczych. Odpowiedzią na złe przecież rządy PiSu nie może być jednak odwoływanie się do takich samych etatystycznych haseł. Choć zarówno PO, jak i SLD są obecnie w opozycji, żadne nie jest dla PiS realną alternatywą, bo obydwie te partie mają równie kolektywistyczną mentalność stawiającą państwo wysoko ponad prawami mniejszości czy jednostki. Żadne z nich taką alternatywą stać się nie może – obie partie rządziły (PO w latach 2007-2015; SLD w latach 2001-2005) i nie były to rządy przyjazne dla wolności jednostki. Co więcej ani PO, ani SLD nie wyciągnęły wniosków z przyczyn swoich porażek. Nie było w nich choćby cienia zwrotu w stronę promocji wolności gospodarczej czy światopoglądowej – a nawet gdyby taki zwrot się dziś pojawił, nie wyglądałby pewnie wiarygodnie. Dziś syndykom masy upadłościowej PO i SLD, panom Schetynie i Czarzastemu, nie pozostaje żadna droga ucieczki. Następuje już koniec tych partii jako realnych sił politycznych. I miejmy nadzieję, że gdy władzę utraci PiS – będzie to także koniec konserwatywnego socjalizmu.

Czytaj również